blackjack napisał: "Lato minęło właściwie niepostrzeżenie. Pomimo tego, że w tym roku nie miałem zbyt wiele czasu na latanie(w przyszłym latam w każdy wolny dzień :-))) ), chciałbym przybliżyć jedno z najlepszych miejsc do latania górę Słubica.
Jak już wspomniałem we wstępie jednym z najciekawszych i coraz częściej "wykorzystywanych" miejsc do latania położonych w jej ładniejszej wg mnie części Słowacji jest g. Słubica: N48 58,966' E 20 51,825'. Startowisko zlokalizowane jest na samym szczycie tuż obok ławeczek na których można odpocząć po wyczerpującym marszu i podziwiać panoramę Spiszu i Wysokich oraz Niskich Tatr. Dotarcie na startowisko nie jest łatwe i wymaga niezłej kondycji oraz samozaparcia (pozdrawiam Cię Sylwio ;-D ). Piesza wędrówka z wioski Dubrava trwa ok. 1,5 h choć wiem, że niektórzy pokonywali blisko 10-cio km podejście w krótszym czasie. Startowisko łatwe, porośnięte trawą, często koszone przez dzierżawców tj. szkołę Piotrka i Stefka Vyparina(Perfectfly) - obowiązuje opłata startowa. Duża deniwelacja - 420 m  pozwala z łatwością nawiązać kontakt z termiką lub tez przeczekać w powietrzu kryzys termiczny,jeśli się to nie uda niestety czeka nas ponowne podejście (((. Lądowisko położone jest na łąkach otaczających wieś Dubrava (N48 58,710', E 20 50,740'). Jest to miejsce bezpieczne pozbawione przeszkód, umożliwia lądowanie nawet w ekstremalnych warunkach. Jedna uwaga w godzinach popołudniowych (po 15) często występuje tu zmiana wiatrów lokalnych z pożądanego przez nas kierunku W na niebezpieczny N-E. W takiej sytuacji uciekamy od góry i lądujemy w pobliżu boiska sportowego - oczywiście w wiosce Dubrava.
A teraz dojazd z Polski: przez dowolne przejście graniczne docjeżdżamy do m. Spiski Hrad ( przy okazji super miejsce do zwiedzania) i dalej kierując się metodą "na tubylca" (pytamy o drogę) docieramy do centrum  wioski, tu skręcamy w lewo, przejeżdżamy obok sklepu, gdzie można uzupełnić płyny i po okolo 300 m docieramy do jej wschodniego skraju. Tu niestety kończy się droga asfaltowa- zostawiamy auta, no chyba, że mamy 4x4 i dalej drogą polną docieramy do zielonego szlaku w rejonie tzw. suchego grzbietu i kierując się w prawo (uffffff!!!!), z bólem dochodzimy do startowiska.
Z mojego niewielkiego doświadczenia związanego z tym miejscem mogę powiedzieć, że nadaje się ono zarówno dla początkujących (w odpowiednich warunkach) jak i zaawansowanych. Noszenia silne i łatwe do zlokalizowania,  piękne widoki i ukształtowanie terenu pozwala bezproblemowo bujać się w powietrzu kilka godzin przelatując przy tym niezłe kilometry. Dla mnie to miejsce gdzie pierwszy raz (oczywiście aparat fotograficzny był głęboko schowany) latałem pomiędzy dwoma warstwami chmur - cudo. Polecam i zapraszam na jesienne latanie w Muszynie, Krynicy i okolicach."

Blackjack

simon napisał: "Są miejsca które przyciągają jak magnes, są i takie kraje. Są stereotypy które upraszczają i krzywdzą tego kogo dotyczą. Tak właśnie jest w przypadku Rumunii.

Przez niektórych jest postrzegana jako dziki kraj na obrzeżach Europy.Na obrzeżach zgoda, ale na pewno nie dziki. Wspaniałe widoki, wspaniali mieszkańcy, wspaniałe jedzenie i wreszcie last but not the least wspaniałe latanie.Jedna trzecia kraju zajmują Karpaty, jedną trzecią pagórkowate wyżyny a jedną trzecią, południową część żyzne równiny. Nic więc dziwnego, że jadąc przez Rumunię co kilkanaście kilometrów mijaliśmy „Mieroszów” a co kilkadziesiąt górę o której Grzegorz zwykł był nieodmiennie mawiać: ”gdybyście taką mieli w Gorzowie to zorganizowalibyście jedna z edycji PWC” My jednak byliśmy umówieni w Braszowie z Mariusem , transylwańskim instruktorem PG i nie mogliśmy tych miejsc przetestować. Transylwania, kraina o tak bogatej historii, że można by nią obdarować niejedno państwo, legenda hrabiego Draculi oparta częściowo na historycznej postaci hospodara Vlado Palownika, postaci tyleż odrażającej co intrygującej, piękno Gór Buczegi i Fogaraskich przyciągają wielu turystów z całej Europy. A gdzie są tak wspaniałe góry tam na pewno znajdą się i ludzie dzielący naszą pasję latania. Mieliśmy okazję przekonać się o tym już nazajutrz. Rano po śniadaniu przyjechał Marius i zaproponował rozpoczęcie exploracji okolicy od startowiska Bunloc. Jest to najbliższe miejsce Braszowa gdzie można polatać.( nie licząc Timpy- góry w sercu miasta) Ekspozycja startowiska : N, NW. Szerokość umożliwiała rozłożenie czterech do pięciu skrzydeł na raz . Przewyższenie około 500 m. Na górę wjeżdża się wyciągiem krzesełkowym którego koszt to 40000 lei. Starsi piloci na pewno pamiętają czasy z przed denominacji złotego więc dla nich nie będzie problemu z przeliczaniem. Dość powiedzieć, że 40 000 lei to 40 000 złotych( tych starych oczywiście), czyli 1 Euro. Wyciąg jest uruchamiany gdy zbierze się co najmniej sześciu chętnych do wjazdu na górę. W weekendy nie ma z tym problemu bo jest tak wielu latających paralotniarzy, że jeździ niemal bez przerwy. Pierwszego dnia bardzo stabilne warunki pozwalały na latanie w pobliżu wygrzanych zboczy. Próby odejścia kończyły się znaczną utratą wysokości. Może to i dobrze pomyśleliśmy, bo po podróży lepiej polatać w spokojnym powietrzu.

Następny dzień był podobny, ale tutaj swoją klasę pokazał Grzesiek. Cierpliwie wykręcił się pod podstawę a następnie obleciał okolicę, poleciał nad Braszow i wrócił na lądowisko u stóp Bunloc. Wieczorem odkryliśmy różnorodność smaków miejscowej palinki. Produkcją tego doskonałego trunku zajmuje się jeden z kolegów Mariusa. Przeprowadzony przeze mnie test, tzw. „test ET” potwierdził krzepkość destylatu a smak zadziwiał swoją wyrazistością i szlachetnością nawet najbardziej wytrawnych smakoszy. Następne dwa dni przyniosły zapowiadany niż. Nie martwiąc się tym zbytnio(bo przecież mieliśmy jeszcze tydzień w zapasie) wyruszyliśmy na zwiedzanie okolicy. Góry Fogaraskie to niewątpliwie jedno z najpiękniejszych miejsc w Rumunii. Przewodniki odradzają korzystanie z dróg oznaczonych na mapach kolorem białym. Zlekceważyliśmy to ostrzeżenie i choć tempo podróży zmalało bardzo szybko a to głównie z powodu drogi, początkowo asfaltowej później szutrowej a na koniec szutrowej w złym stanie technicznym(czyt. prawie nieprzejezdna) to nie żałowaliśmy ani jednego przejechanego kilometra.  Mijaliśmy wioski w których zatrzymał się czas, zamieszkiwali je ludzie żyjący jakby w zwolnionym tempie którego rytm wyznacza pora dnia, roku. Górskie potoki i polanki nad nimi były wystarczającym powodem by zachęcić całe rodziny do spędzenia weekendu na łonie natury. Były tez i zabawne sceny jak ta na przykład, gdy między zawodników meczu piłkarskiego weszło stado krów. Sprawiały wrażenie jakby wiedziały o co w tym wszystkim chodzi. Ich majestatyczność i tempo poruszania się jako żywo przypominały naszą narodową drużynę futbolową. Wyjeżdżając z gór wracaliśmy bogatsi o niespotykane przeżycia.

Następnego dnia po południu wyjrzało słońce więc zapadła decyzja o poznaniu nowego miejsca. O piątej dotarliśmy na miejsce zwane Lempes. Każda szkoła paralotniowa chciałaby mieć taką górkę. Przewyższenie około 120 metrów, czyste przedpole, kierunek S z odchyłkami do 45 stopni, porośnięte trawą. Czyż nie jest to opis idealnego szkolnego zbocza. Lataliśmy na absolutnie bezstresowym żaglu aż do zmroku.

Nazajutrz miał być nasz wielki dzień więc podczas kolacji ograniczyliśmy się jedynie do spróbowania miejscowego młodego wina, całkiem niezłego w smaku. Rano obudził nas Marius, kierunek wiatru znowu wskazywał na Bunloc. Tym razem towarzyszył nam Florin, miejscowy pilot XC do którego należy rekord miejsca. Na niebie widać było pierwsze kłaczki. Tym razem o dziwo pierwszy wystartował Grzegorz. Jednak po starcie stracił sporo wysokości i długo nie mógł się wygrzebać. Mnie udało się wstrzelić prosto w komin w którym szybko nabierałem wysokości, po drodze wyprzedził mnie( kurcze jak on to robi)Grzegorz. Pod podstawą czekaliśmy na Marcina i drugiego Grzegorza. Trwało to na tyle długo, że chmura pod która wisieliśmy zaczęła się rozpadać. Wylecieliśmy nad dolinę nad którą obiecująco maszerowały szlaki cumulusów. Tylko jedna rzecz mąciła ten obraz. Maszerowały naprzeciw nas a za naszymi plecami była „blacha”. Nie było łatwo. Obrazuje to statystyka lotu: przeleciałem prawie dwadzieścia kilometrów w ponad półtorej godziny wykręcając w tym czasie osiem kominów. Kilometry kilometrami ale najważniejsze dla mnie było to, ze te osiem kominów kręciliśmy razem z Grześkiem, niemal stabilo w stabilo. Ile się wtedy można nauczyć, ho ho. Ja wylądowałem(i wcale nie dlatego, że chciałem) a guru został w powietrzu, mało tego dołączył do niego Krzysztof, następny uczestnik naszej wyprawy. Nie pozostało mi nic innego jak spakować graty i próbować łapać stopa, bo nie zanosiło się na to, że koledzy będą wkrótce lądować. W trakcie pakowania usłyszałem przez radio, że Marcin też wylądował . Wyszedłem na drogę, pierwszy samochód który próbowałem zatrzymać stanął obok mnie. Po chwili już jechałem Dacią w stronę Bunloc. Gdy dotarłem na miejsce, do lądowania podchodził tandem, Jak się później okazało była to Ania lecąca z Mariusem. Po chwili przyszła Natasza potem przyjechał Grzegorz, Krzysztof i Florin a za parę minut z taksówki wysiadł Marcin. Po Grzegorza II musieliśmy pojechać za Lempes. Wieczór spędziliśmy gwarząc , popijając chłodne piwko i snując plany na jutro. Wybieraliśmy się w masyw Postavaru w paśmie Buczegi.    Postavaru to szczyt o wysokości prawie 1800 mnpm, na górę można dotrzeć kolejką linową z miejscowości Poiana-Brasov. Koszt wjazdu to 100 000 lei(10 pln). Startowisko północne znajduje się niżej na wysokości 1687 mnpm, południowe nieco poniżej szczytu. Oba to szerokie polany o dużym nachyleniu, tak więc start jest łatwy i nie trzeba się nabiegać. O pechu może mówić Krzysztof, który latał tak długo, aż skończyły się noszenia i wylądował na śródleśnej polance. Czekał go dłuuugi marsz. Do domu dotarł koło ósmej. Osobną historią są powroty z przelotów. Nie mieliśmy z tym większego problemu. Rumuńscy kierowcy zatrzymywali się dosyć chętnie i wcale nie chcieli od nas opłat za podwiezienie. Niezłą opcją powrotu było też wynajęcie taksówki. Dojazd po samochód pozostawiony na parkingu w Poiana-Brasov ( 15 km) kosztował nas 20 złotych, a Marcin, prekursor tej formy powrotu z przelotu za nieco tylko krótszą trasę zapłacił 10 złotych.  Nasz pobyt w Rumunii skróciliśmy o jeden dzień z powodu nadchodzącego frontu. Skróciliśmy ale nie zrezygnowaliśmy z latania.

Prognoza pogody na Słowację była zachęcająca, oprócz tego Grzegorz dowiedział się, że w Tisowcu będą rozgrywane zawody XC. Dzięki temu mieliśmy możliwość wjazdu na górę, leciwą ale całkiem żwawą Pragą z napędem na trzy osie. Ostatni, najbardziej stromy odcinek musieliśmy jednak pokonać na własnych nogach.
Po starcie i dotarciu do podstawy wraz z Grzegorzem polecieliśmy na wschód. Opcja pomimo obiecujących cumulusów okazała się nie do końca trafiona. Dosyć dziwny wiatr dolinowy spowodował, że wylądowaliśmy po godzinie w Revucy. Niewielka senna miejscowość z uroczą restauracyjką, której taras okazał się być tym właśnie miejscem o które nam najbardziej w tym momencie chodziło. Smaczne jedzonko i super piwko zatrzymały nas tam na nieco dłużej.Resztę załogi spotkaliśmy wieczorem.  Nieźle polatali i po dwóch- trzech godzinkach spędzonych w powietrzu lądowali na boisku futbolowym w Tisowcu. Rano przemieściliśmy się do Polski by wypróbować południowe startowisko na górze Żar. Niestety warunki były mniej jak umiarkowane więc nasze loty raczej trudno by było zaliczyć do epickich. Tak to dobiegła do końca nasza wyprawa, wracaliśmy pełni wrażeń obiecując sobie powrót w nowo odkryte miejsca wiosną następnego roku.

Część rumuńskiej przestrzeni powietrznej w drugiej połowie sierpnia zajmowali:
-Ania, Natasza, Grzegorz I, Grzegorz II, Marcin, Krzysztof i Szymon"

blackjack napisał: "jest takie miejsce na mapie mioch paralotniowych startowisk do którego pomimo niedogodności związanych z podejściem, kiepskim przedpolem, turbulencją wracam co jakiś czas. To miejsce, TA Gora to potocznie zwane przez autochtonów:GAJOWSKIE!!!!.

Górka o deniwelacji 202 m wystawiona na kierunki od W-S przez S do S-E w m. Muszyna. Miejsce dla mnie szczególne gdyż po prostu mieszkam na jej zboczach. Od zawsze interesowałem sie modelarstwem, lotnictwem. lotniarsywem a wreszcie  paralotniarstwem dlatego też ilekroć spogladałem na siodło z którego można wystartować, tyle razy marzłem, że wreszcie, któregoś dnia przelecę nad domem. Zobaczę swoje dzieci, sąsiadów, okolicę z powietrza. To marzenie spełniło się dopiero w zimie 1999r. kiedy to na krwiście czerwonym Elfie, w purzęży typu deska i kasku qwazi paralotniowym wystartowałem do dziewiczego lotu. Ten lot (krótki bo ok.3 minut) miał w sobie wszystko: przestrzeń, widoki, strach i zachwyt. Jeden start, jeden lot zdecydowały, że od tej pory jestem uzależniony od latania i mojego Gajowskiego. Bywało, że z glajtem złożonym w różyczkę wychodziłem po pięć razy dziennie na górę tylko po to, żeby wykonać 2-3 minutowy ślizg. Bywało, że góra pokazywała swoje pazurki, gdy w rotorze spadłem na plecy nieosłonięte żadnym protektorem, była i noga w szynie, podrapane ręce i twarz a mimo tego od czasu do czasu wracam tam by znów przelecieć się nad domem i przyjaciółmi. Czasem koledzy, ktorzy niestety już nie chcą ze mną wspinać się na szczyt pukają się wymownie w czoło mówiąc, że to niepoważne ale co mi tam - wiem swoje i znam swoje potrzeby. A gdyby komuś przyszła do glowy ta szczęśliwa myśl, że może warto spróbować, to powiem jeszcze, że wystarczy 3 m/s wiatru i may ponad 300 metrowe zbocze do żaglowania. Uprzedzam jednak lojalnie, że wiatr ponad 6 m/s wyklucza możliwość bezpiecznego latania a na pewno lądowania w dolinie Popradu. Tak więc gdyby ktoś był w okolicy...cdn."

blackjack napisał: "Po krótkim opisie niezłego miejsca do latania jakim jest g. Jaworzyna Krynicka pora na górkę, która jak w tytule nadaje się dla wszystkich.
Miejscowość niewielka choć pewnie niektórym znana - Tylicz. Położony jest w niewielkiej odleglości od Krynicy, tak więc nie powinno być żadnych problemów z dotarciem do miejsca, które śmiało mogę polecić i tym początkującym i tym zaawansowanym. Miejsce a wlaściwie górka nosi wdzięczną nazwę Łan i znane jest od wielu lat okolicznym modelarzom oraz paralotniarzom. Górka bo chyba tylko tak ją mogę nazwać ma niewielką deniwelację ok. 80 m i na osobach przyjeżdżających w to miejsce pierwszy raz nie robi żadnego wrażenia. Wygląda po prostu marnie bo to ani wysokie ani strome ale... dwa trzy dni po przejściu halnego dzieją się tam cuda. Z mojego doświadczenia wynika, że można tam latać przy wietrze wiejącym nawet 8-9 m/s( a na filmie video z latania w 2000roku to chyba było więcej ;-) przy czym musimy zmierzyć jego siłę na szczycie. start łatwy i bezproblemowy, kierunek czyste S. Startujemy z okolic krzyża znajdującego się na wschodnim skraju lasu sosnowego.

Uwaga:

  1. samochody pozostawiamy u podnóża góry - właściciele terenu nie lubią gdy ktoś im wjeżdża w teren.
  2. Nie latamy gdy owce pasą się w okolicy - do tej pory nie dogadaliśmy się z ich właścicielem.

A teraz to, co oferuje nam rzeczone miejsce: super bezpieczne, pozbawione jakichkolwiek przeszkód przedpole, super miejsce do żagla i wreszcie najlepsze szeroka dolina wystawiona na kierunek S, która w termiczne dni nieźle "pracuje".  W przypadku gdy wiatr nie przekracza 3-4 m/s lub mamy odchyłki od zasadniczego kierunku latanie jest raczej trudne i trzeba korzystać z patentów tzn. latać trzeba blisko lasu i jeśli to tylko możliwe dostać się nad niego.

Ciekawostka: widziałem w tym miejscu lądowanie na czubku złamanej sosny. Lądowanie zostało "utrzymane", pilot nie spadł z drzewa ale ściągnięcie glajta wymagało ścięcia 4 okolicznych sosenek (mam nadzieję że nie skazałem się tym na potępienie). Pzdrawiam i polecam... cdn."

ossa napisała: "Odkąd pamiętam wszyscy mi mówili, że jestem za mała żeby latać, że to dla mnie zbyt niebezpieczne. Razu pewnego jak się zawzięłam tak poleciałam. Mój ojciec lata już od ładnych kilku lat. Podoba mi się ten sport. Tata wsadził mnie w tandem...i pierwszy raz w życiu oderwałam się od ziemi!! Niesamowite uczucie!! Latałam jakieś 20 min. Nie zapomnę tego jak machałam do przelatujących obok mnie paralotniarzy i patrzyłam na tych, którzy próbują swoich sił jeszcze na ziemi. Na pytanie zadane mi przez instruktora z którym leciałam, jak mi się podoba, odpowiedzialam, że ja nie chcę na ziemię! Mój pierwszy lot odbyłam na Słowacji. Polecam. Proszę 3mać za mnie kciuki, w przyszłe wakacje robię kurs :) "

blackjack napisał: "Długo dojrzewałem do tego, żeby podzielić się swoimi informacjami na temat latania w bliskim mi beskidzie sądeckim. A to czasu nie było, a to komp fiksował już pora.... Jak już wicie mieszkam w beskidach i dobrze mi z tym. Nad swoją stale remontowaną chatą mam 202 m gory do latania na żaglu - chyba nieźle. A okolica!!! Miód.

Z własnego doświadczenia moge w ciemno polecic latającym kolegom Jaworzynę Krynicką. Tak, tak. Wielokrotnie czytałem w róznych miejscach, że to góra niebezpieczna, nie nadająca się do polatania - to nieprawda. Ponad 400 m deniwelacja, szerokie trawiaste startowisko, wystarczająca ilość miejsca do lądowania, przychylność obsługi kolejski i okolicznych rolników a wreszcie start na tak lubiany kierunek S-E lub E. Wydaje mi się, że to wystarczająca rekomendacja tego miejsca. Na razie oblerciałem wszystko w promieniu około 20 km i ręcze, że jest się gdzie "powozić". Możliwe kierunki odlotu to : Muszyna, w której mieszkam, Piwniczna, Nowy Sącz i Krynica. Tą ostanią namietnie staram się odwiedzać z powietrza. Tak więc koleżanki i koledzy - Jaworzyna to nietylko narty ale jakże lubiane przez nas glajty latem i zimą."

blackjack napisał: "Kolejnym miejscem, które pomimo źle wróżącego tytułu proponuje odwiedzić wraz z glajcikiem jest stacja narciarka Wierchomla Wielka.

Problemów z dotarciem nie będzie gdyż jest to miejsce znane szerokim rzeszom narciarzy. Z mojego punktu widzenia atrakcyjniejszym miejscem od tras narciarskich są tzw. polanki pod jaworzynką ale po kolei. Po przyjeździe pod stację dolną wyciągu zostawiamy samochód na parkingu, bierzemy graty i po zakupieniu biletu mościmy się wygodnie w 4-ro osobowych krzesełkach. Na górze kierujemy się polną droga w prawo (najlepiej spytać obsługujących wyciąg) i po okolo 15 minutowym łatwym marszu docieramy do rzeczonych polan. Przed nami i pod nami rozpościera się niezły widoczek w kierunku N-W, sama polana ma okolo 110 m deniwelacji i w razie niepowodzenia pozwala na bezpieczne lądowanie. Od razu jednak musze przestrzec chętnych do latania w tych okolicach wiatr musi wiać idealnie z kierunku N-W. W innej sytuacji lepiej sobie odpuścić. Po lewej ręce mamy bowiem pasmo, które wraz z lokalnym ukształtowaniem terenu, pokryciem lasami tworzy dysze - bardzo wredną dysze. Pamiętam jejden ze swoich pierwszych lotów w tym miejscu gdy nagle dałem sie zaskoczyć na bezpiecznym przecież Voxie. Figury jakie przerobiłem w rotorze niesą mi znane nawet z nazwy. W spokojnym powietrzu mamy przed sobą kilku minutowy zlot na łąki położone w pobliżu wsi.Tak więc podsumowując można tam latać ale jest tyle piękniejszych miejsc, że Wierchomla to raczej ostateczność.

Pozdrawiam cdn.

tony napisał:

Reminiscencje, czyli kochajmy ptaki, bo to zawodowcy.

Jest ciepło, a przecież dzisiaj już mamy październikową sobotę. Miło przewietrzyć skrzydełko, bo przecież to już koniec prawdziwego latania, a zima jak to zima. Kolega dał się namówić, zawsze we dwóch jest radośniej i nie będzie problemu z ponownym dostaniem się na start, choćby po samochód. Górka fajna, asfalt na same startowisko a tam ... historia awiacji błąka się wkoło. Pamięta ono jeszcze sklejki, płótna starych szybowców, starty z gum. Toż to Jodłowiec koło Nowego Sącza. Siedzimy przypięci do skrzydeł i... no właśnie, wiatr słaby, ale trochę szaleje, jak to w górach. Ale jakie widoki! I ciepełko. Wirujące kłaczki zeschłych traw, urywane strzępki babiego lata znaczą małe budujące kominki. Jednak dla naszych dużych „motyli” to jeszcze nie to. My tu gadu, gadu a tylko ptaki latają. Jeden nadleciał od lasu, zakołował, poniuchał, zrobił jedno kółeczko, drugie i poooszedł. Jest, jest komin! Dawaj krzyczę i po paru krokach jestem w powietrzu. Kolega przymarudził i jest zdecydowanie niżej. Ptak wmurowany w komin, pełna gracja, choć trochę chyba zdziwiony, co ten motyl wyprawia tak blisko? Moja pikawka pika jak radosna cykada, skrzydełko wgryza się powolutku, ale systematycznie, pełna poezja. Nagle. o ch....., co się z nim dzieje? Coś go przekręca i jak nasz nowy Jastrząb ( czytaj F-16 ) leci w dół jak kamień. I mnie TO dopada, powiało jak z horroru, a zaraz mała klapka, potem coś dziwnego, pół skrzydła zwala się, obrót i cała seria innych wygibasów. Adrenalina pod czaszką eksploduje, czas spowolnił, świat zawirował, góra z dołem zlała się w jeden wymiar. Paczka? Za nisko? Pozostały tylko nawyki, odruchy, doświadczenie oraz sprawność mojej dwójeczki. Ziemia tuż, tuż ... airbag to super wynalazek ( i nie wstyd go mieć ). Twardość ziemi to najlepsza rzecz, którą kocha się po wszystkim. Bozia chyba nie chciała abyśmy latali, bo dałaby nam skrzydła i rozum ptaka. Ale chyba nieprzewidziała, że możemy to robić na takich kruchych szmatkach. A ptak, jak to ptak, dalej w kominku, radosny i spokojny, że motyl nie stara się ponownie wepchnąć na jego podwórko, bo my już dziś odpuszczamy. Nie dajmy się zwieść naturze i kochajmy ptaki!

Tony

blackjack napisał: "Przewagą nas żyjących w górach (z gór my syny) jest to, że mogę wyjść rano ze swojego stale remontowanego domu, niespiesznie - tak aby nie uronić ani kropli kawy zerknąć na "swoją" górę, podrapać się po głowie i ... po chwili ruszyć na szczyt.

Nie raz, nie dwa miałem chęć przenieść się w inne miejsce, miejsce gdzie jest równo, gdzie nigdzie nie jest pod górkę. Teraz, ghdy latam wiem, że byłby to mój błąd. Przecież pewnie nie miałbym takiej szansy, żeby korzystając z przerwy w pracach domowych wytachać skrzydło na górę i po prostu z niej zlecieć. Czasem zastanawiam się czy warto dla kilku chwil w powietrzu pocić się, sapać etc. i za każdym razem odpowiadam WARTO!!! Dzisiaj miałem taki dzień, kilka promyków słońca, leniwy podmuch wiatru i krew się we mnie wzburzyła. Rzuciłem robotę i po 20 minutach byłem na GÓRZE (zawsze o Gajowskim tak będę pisał), a tam widoki, że trudno opisać - aż po Tatry. Potem szybkie szpejenie i jaaazda. Sam lot krótki ale kto kilka tygodni czeka na to wie jak nawet ten najkrótszy smakuje. Pisząc życzę po prostu wszystkim znalezienia swojej góry - ja już mam!!!!

Pozdrawiam Jacek "

blackjack napisał: Po opisie kilku miejsc, w których bywam wraz z glajtem pora ruszyć na Słowację.

Przez przejście graniczne Muszyna - Leluchów przejeżdżamy na stronę słowacką. Następnie kierujemy się w strone m. preszów i po ok. 23 km w m. Kamenica dostrzegamy po swojej lewej ręce już na pierwszy rzut oka "ładną górę do latania".Góra a właściwie ostaniec wyglądem przypominająca to, co spotykamy w Jurze krakowsko-częstochowskiej. Już sam wygląd sugeruje, że pewnie nieźle tu można polatać. Południowe zbocze, dosyć strome, z elementami kamienistymi o długości ok. 500 m pozwala pożaglować nawet przy niezbyt silnym wietrze (4 m/s). Ogromne łąki z każdej strony wybaczają te mniej udane starty i lądowania (choć jak twierdzi jeden z moich kolegów jeden jedyny maszt w okolicy daje szansę na trafienie w tą konstrukcję), a kominy, które tu się odrywają z siła nawet 10 m/s pozwalają poczuć sie jak w w Alpach. Dojazd do startowiska możemy zrealizować w dwojaki sposób: po pierwsze primo w m. Kamenica skecamy w stronę góry i dalej polnymi drogami po przejeździe przez miescjowość kierujemy się do jej podnóża. Drugie primo: jedziemy drogą do m. Sabinov, następnie pilnie wypatrujemy złośliwie ukrytej tabliczki z nazwą Lucka a potem to już prosto drogą aż nad !!!!!! startowisko. Niestety trudno to wytłumaczyć w inny sposób - lepiej będzie ze mną tam pojechać, zresztą co najmniej kilka Gekonów bywa tu!!!. Jak już napisałem góra sama w sobie jest łatwa, problem może stanowić tylko nadmierna liczba paralotniarzy tak polskich jak i słowackich, którzy namiętnie ją odwiedzają. Latamy przy wietrze nawet do 9-10m/s, kierunki S-E, S, S-W. Za teren odpowiada słowacka szkoła paralotniowa Perfectfly Piotrka i Stefana Vyparinów, dobrze jest w przypadku gdy szkolą w tym miejscu porozmawiać z Nimi i dograć wszelkie niuanse dot. latania, prawa drogi etc. Mogę w ciemno polecić to miejsce jako teren sprzyjający i pierwszym kontaktóm w termiką jak i doskonałe zbocze do latania na żaglu.

Pozdrawiam Jacek - Blackjack

blackjack napisał: "Tak naprawdę, to nie miałem innego wyjścia. Musze się przyznać - jestem uzależniony od latania. Zaczeło się niewinnie.

Pierwsze modele samolotów, pierwszy latawiec. Potem już było groźniej - wraz z kolegą skontruowałem i "oblatałem" lotnię. To cudo wykonaliśmy z listew lesczynowych i folii ogrodniczej. Ostatecznie w latach 80-tych tzw. materiały lotnicze były trudno osiągalne. Kiedy w "skrzydlatej Polsce" zobaczyłem zdjęcia wraz z krótkim opisem spadolotni natychmiast wysłałem list do Legionowa, w którym zaproponowałem, że proponuje im swoje usługi jako pilot paralotni w zamian za możliwość kupienia skrzydła po promocyjnej cenie. Myślę, że nie potraktowali tego poważnie - wszak był to rok 1990 lub 1991( Udało mi się to dopiero 10 lat później ). W tym samym czasie koledzy na przerobionym spadochronie SW 12 próbowali swoich sił w okolicach Muszyny. A później poznałem fajnego kolesia, który wprowadził mnie w latanie. Pierwszy lot na pomarańczowym Elfie pamiętam tak, jakby to było wczoraj. Chwilowa przerwa niczego nie zmieniła, po prostu wiedziałem, że będę latał. L. Mańkowski "przypiął" mi skrzydła na stałe. Teraz każdy dzień jest taki sam: spojrzenie przez okno na moje Gajowskie, ocena siły i kierunku wiatru i niestety często rodzina już wie, że mnie straciła na kilka godzin. Jestem uzależniony!!! Nie zamierzam jednak walczyć z nałogiem :-)))

Jacek

blackjack napisał: "Muszę wywiązac się z obietnicy opisania kilku kolejnych, dobrych lub wręcz bardzo dobrych miejsc do latania, jakie położone są w niewielkiej odleglości od Muszyny po stronie RS. Na peirwszy ogień "idzie" Bukova Góra.


Góra to może zbyt wielkie słowo ale daję słowo, że latanie tam (w sprzyjających okolicznościach przyrody) dostarcza naprawdę moc wrażeń. Z racji swojego położenia oraz możliwości dojazdu na samo startowisko Bukova jest popularna i często można tam spotkać latających w dobrej komitywie paralotniarzy i lotniarzy.
Pora na kilka słów o samym miejscu: startowisko, a właściwie to dwa stratowiska położone są mniej więcej w 1/3 wysokości górki. Kierunek, na który latamy to N-W(odchyłki raczej przeszkadzają). Deniwelacja przyjmowana do oceny warunków ok. 80-100 m z tego też powodu jeśli wieje mniej niż 4 m/s i nie ma termiki możemy spokojnie odpuścić sobie to miejsce. W termiczne dni jest cudnie!!!! Olbrzymia dolina znajdująca się na przedpolu generuje szerokie, często mocne kominy, które potrafią zabrać nawet z 20m.


Dojazd: granicę przekraczamy przez przejście graniczne w Leluchowie i kierujemy się w stronę Preszowa. Po dojeździe do m. Lipany szukamy stacji benzynowej zlokalizowanej po prawej stronie drogi. Tuż przed tym obiektem skręcamy w prawo, mijamy przejazd kolejowy, przejeżdżamy przez most i zaraz za mostem skręcamy w lewo kierując się w stronę m.Dacov. Dojeżdżając do niej pilnie obserwujemy prawą stronę drogi, przed kamiennym krzyżem skręcamy w prawo i dalej jadąc drogą asfaltową docieramy na niewielką przełęcz. po lewej stronie widać już Bukovą, z resztą w "dobre" dni widać nie tylko górkę ale i glajty nad nią. Dojazd do startowisk możliwy nawet samochodem osobowym - niestety tylko wtedy, gdy jest sucho. samochody trzeba zostawiać w taki sposób, by nie tarasować drogi dojazdowej do okolicznych pól. Startowisko nr 1(umownie rzecz biorąc) zlokalizowane jest przed lasem sosnowym, łatwe ale nie dające pewności na załapanie czegoś konkretnego. Po starcie skręcamy w prawo i liczymy, że wiatr i termika zrobią swoje :-)) Startowisko nr 2 zlokalizowane jest ok. 300 m dalej, oznaczone ickami. Po starcie z "dwójki" trzeba skręcić w lewo i pozwolić się "wynieść" nad las a później to już pestka.

Pozdrawiam Blackjack. cdn...

...

marekb napisał: "Les Vosges"
Cześć, nie wiesz może jak Francuzi wymawiają Les Vosges”?
„Jasne, że wiem: Wooż” – odpowiedział Jurek i dodał – „po naszemu to Wogezy, no wiesz, takie średniej wielkości pasmo górskie we wschodniej Francji”.
Przyznam się, że geograf ze mnie taki sobie i mimo, że geografka jeszcze w szkole podstawowej w trudzie i znoju wyryła mi w pamięci ważniejsze geograficzne artefakty Europy i świata, przysiągłbym że wśród nich nie było Wogezów. Zerknąłem więc do atlaso-encyklopedii-wszechnicy-wiedzy-wszelakiej (tzn. na Internet), gdzie stało jasno jak słońce na niebie:
„Wogezy, Vosges, zwarty, zrębowy masyw górski we wschodniej Francji, o przebiegu południkowym, ciągnący się na przestrzeni 160 km, równolegle do doliny Renu. Powstał w orogenezie hercyńskiej. Zbudowany z różnorodnych skał krystalicznych i osadowych, wznosi się do 1426 m n.p.m. (Grand Ballon). Cechuje się urozmaiconą rzeźbą, z formami polodowcowymi, stromymi ścianami i skalicami…  
Bla, bla bla…
…wystepują lasy bukowe, miejscami uprawy, do 1200 m n.p.m. lasy mieszane, wyżej lasy szpilkowe i łąki górskie. Zaludnienie koncentruje się u podnóża gór. Rozwinięta turystyka i sporty zimowe.”

Z mojego punktu widzenia najbardziej interesujące było to ostatnie, krótkie zdanie. Zacząłem więc intensywnie je eksploatować na okoliczność sportów letnich i już po chwili patrzyłem w ekran komputera, gdzie na przyzwoitym 19 calowym, panoramicznym, wyświetlaczu TFT widniała mapa Wogezów, a na niej kilkanaście czerwonych punkcików oznaczających startowiska lotnio i paralotniowe na wszystkie możliwe i niemożliwe kierunki wiatru - http://paranet.be/sitedb/mapview.php?id=31.

W tym miejscu muszę dodać, że to lato (2007) spędzałem służbowo w Brukseli i poszukiwałem miejsc do latania w tamtej okolicy. W samej Belgii jest też kilka uroczych miejsc do latania, ale deniwelacje górek nie przekraczają 250m. Są więc to znacznie większe wzniesienia od naszych rodzimych krawężników takich jak:Janowiec, Płock, Klonówka, ale pod bokiem Alpy kuszą większymi wyzwaniami. Z Brukseli do Wogezów jest ok. 450km, a do np. Annecy prawie dwa razy tyle (wg www.viamichelin.com z Wwy do Wogezów-Markstein jest 1347km). Mając również na względzie bardzo kapryśną tego lata i nie stabilną pogodę postanowiłem o weekendowym wypadzie w Wogezy.

Cóż, pozostały jeszcze tylko kilkudniowe modły o utrzymanie się obiecującej prognozy, telefon do kolegi paralotniarza (Nietoperza) i już w najbliższą sobotę z rodzinami wyruszaliśmy o 6 rano aby po 5 godzinach podziwiać górskie krajobrazy z pierwszego napotkanego miejsca widokowego (serce Wogezów Rothenbachkopf – 1316m). Zrobiwszy ten drobny ukłon w stronę najbliższych oraz parę rodzinnych fotek (s-t-r-a-c-i-l-i-ś-m-y ponad godzinę;)) po chwili, w promieniach niezbyt częstego w to lato słońca, dojeżdżaliśmy prawie na samo startowisko (szczyt Le Treh - miejscowość Markstein, deniwelacja 960m). Jeszcze tylko uważne i tyle razy powtarzane czynności jak odmawianie mantry, sprawdzenie taśm, zapięć i start w przestworza do przygody, która… przeszła nasze najśmielsze oczekiwania!!! Latanie było SUUUPER. Dla mnie zresztą latanie zawsze jest jakimś rodzajem cudu i trudno mi znaleźć oddające te chwile właściwe słowa i określenia. To latanie było jednak wyjątkowo fajne, co sprawiły przeurocze krajobrazy i idealne wstrzelenie się w pogodę tak, że można było nawet cały dzień rozkoszować się widokiem z góry całej kilkunastokilometrowej doliny. Podstawy chmur nie były co prawda za wysokie (700m nad start), ale same chmurki ciągnęły pięknie i tylko wielka ilość glajciarzy w powietrzu (naliczyłem ponad 60 paralotni i kilka delt) nieco zniechęcała do znikania w obłokach, choć miejsce do latania jest bardzo rozlegle, na tyle duże, że nie trzeba się rozglądać na boki . Niestety nie zdołaliśmy zwizytować więcej startowisk (kilka widzieliśmy jedynie z daleka), ale są one b.duże i łatwe. Tam gdzie lataliśmy startować mogło jednocześnie kilka glajtów, a lądowisko było chyba dla samolotów Mirage (nie wiem tylko czy mogą one lądować na trawie) – jednoczesne lądowanie nawet 10 paralotni nie byłoby wielkim problemem. Kilka zdjęć z tej wyprawy jest w naszej gekońskiej galerii – ich jakość jest, jak to zwykle bywa, odwrotnie proporcjonalna do latania, a to, powtarzam jeszcze raz, było super.

I wiecie co jest najwspanialszego w średnich górkach - to, że są na tyle niskie, że nawet z dziećmi da się na nie wchodzić bez specjalnego przygotowania, a na tyle wysokie, że ze szczytów rozciąga się już przeurocza panorama - są WIDOCZKI, no i najważniejsze – deniwelacje start-lądowisko dochodzą prawie do 1 km, tak że lata się tam prawie jak w poważnych górach.

Może jadąc do Annecy lub St. Hilare, a może nawet specjalnie, wstąpicie tam na kilka dni sprawdzić prawdziwość słów Francuzów, którzy twierdzą, że Wogezy w ogóle, a Le Treh w szczególności to jedno z najpiękniejszych, a może najpiękniejsze miejsce do latania w Europie.

Maciej napisał: "Śniegi tego roku stopniały szybko, a okno startowe w sezon otwarte zostało wcześniej niż zwykle. Już w kwietniu wylatałem moim wózkiem sporo godzin, a w maju los rzucił mnie na Mazowsze.

Nasi Partnerzy

     
     

 

JSN Mico template designed by JoomlaShine.com