simon napisał: "Są miejsca które przyciągają jak magnes, są i takie kraje. Są stereotypy które upraszczają i krzywdzą tego kogo dotyczą. Tak właśnie jest w przypadku Rumunii.

Przez niektórych jest postrzegana jako dziki kraj na obrzeżach Europy.Na obrzeżach zgoda, ale na pewno nie dziki. Wspaniałe widoki, wspaniali mieszkańcy, wspaniałe jedzenie i wreszcie last but not the least wspaniałe latanie.Jedna trzecia kraju zajmują Karpaty, jedną trzecią pagórkowate wyżyny a jedną trzecią, południową część żyzne równiny. Nic więc dziwnego, że jadąc przez Rumunię co kilkanaście kilometrów mijaliśmy „Mieroszów” a co kilkadziesiąt górę o której Grzegorz zwykł był nieodmiennie mawiać: ”gdybyście taką mieli w Gorzowie to zorganizowalibyście jedna z edycji PWC” My jednak byliśmy umówieni w Braszowie z Mariusem , transylwańskim instruktorem PG i nie mogliśmy tych miejsc przetestować. Transylwania, kraina o tak bogatej historii, że można by nią obdarować niejedno państwo, legenda hrabiego Draculi oparta częściowo na historycznej postaci hospodara Vlado Palownika, postaci tyleż odrażającej co intrygującej, piękno Gór Buczegi i Fogaraskich przyciągają wielu turystów z całej Europy. A gdzie są tak wspaniałe góry tam na pewno znajdą się i ludzie dzielący naszą pasję latania. Mieliśmy okazję przekonać się o tym już nazajutrz. Rano po śniadaniu przyjechał Marius i zaproponował rozpoczęcie exploracji okolicy od startowiska Bunloc. Jest to najbliższe miejsce Braszowa gdzie można polatać.( nie licząc Timpy- góry w sercu miasta) Ekspozycja startowiska : N, NW. Szerokość umożliwiała rozłożenie czterech do pięciu skrzydeł na raz . Przewyższenie około 500 m. Na górę wjeżdża się wyciągiem krzesełkowym którego koszt to 40000 lei. Starsi piloci na pewno pamiętają czasy z przed denominacji złotego więc dla nich nie będzie problemu z przeliczaniem. Dość powiedzieć, że 40 000 lei to 40 000 złotych( tych starych oczywiście), czyli 1 Euro. Wyciąg jest uruchamiany gdy zbierze się co najmniej sześciu chętnych do wjazdu na górę. W weekendy nie ma z tym problemu bo jest tak wielu latających paralotniarzy, że jeździ niemal bez przerwy. Pierwszego dnia bardzo stabilne warunki pozwalały na latanie w pobliżu wygrzanych zboczy. Próby odejścia kończyły się znaczną utratą wysokości. Może to i dobrze pomyśleliśmy, bo po podróży lepiej polatać w spokojnym powietrzu.

Następny dzień był podobny, ale tutaj swoją klasę pokazał Grzesiek. Cierpliwie wykręcił się pod podstawę a następnie obleciał okolicę, poleciał nad Braszow i wrócił na lądowisko u stóp Bunloc. Wieczorem odkryliśmy różnorodność smaków miejscowej palinki. Produkcją tego doskonałego trunku zajmuje się jeden z kolegów Mariusa. Przeprowadzony przeze mnie test, tzw. „test ET” potwierdził krzepkość destylatu a smak zadziwiał swoją wyrazistością i szlachetnością nawet najbardziej wytrawnych smakoszy. Następne dwa dni przyniosły zapowiadany niż. Nie martwiąc się tym zbytnio(bo przecież mieliśmy jeszcze tydzień w zapasie) wyruszyliśmy na zwiedzanie okolicy. Góry Fogaraskie to niewątpliwie jedno z najpiękniejszych miejsc w Rumunii. Przewodniki odradzają korzystanie z dróg oznaczonych na mapach kolorem białym. Zlekceważyliśmy to ostrzeżenie i choć tempo podróży zmalało bardzo szybko a to głównie z powodu drogi, początkowo asfaltowej później szutrowej a na koniec szutrowej w złym stanie technicznym(czyt. prawie nieprzejezdna) to nie żałowaliśmy ani jednego przejechanego kilometra.  Mijaliśmy wioski w których zatrzymał się czas, zamieszkiwali je ludzie żyjący jakby w zwolnionym tempie którego rytm wyznacza pora dnia, roku. Górskie potoki i polanki nad nimi były wystarczającym powodem by zachęcić całe rodziny do spędzenia weekendu na łonie natury. Były tez i zabawne sceny jak ta na przykład, gdy między zawodników meczu piłkarskiego weszło stado krów. Sprawiały wrażenie jakby wiedziały o co w tym wszystkim chodzi. Ich majestatyczność i tempo poruszania się jako żywo przypominały naszą narodową drużynę futbolową. Wyjeżdżając z gór wracaliśmy bogatsi o niespotykane przeżycia.

Następnego dnia po południu wyjrzało słońce więc zapadła decyzja o poznaniu nowego miejsca. O piątej dotarliśmy na miejsce zwane Lempes. Każda szkoła paralotniowa chciałaby mieć taką górkę. Przewyższenie około 120 metrów, czyste przedpole, kierunek S z odchyłkami do 45 stopni, porośnięte trawą. Czyż nie jest to opis idealnego szkolnego zbocza. Lataliśmy na absolutnie bezstresowym żaglu aż do zmroku.

Nazajutrz miał być nasz wielki dzień więc podczas kolacji ograniczyliśmy się jedynie do spróbowania miejscowego młodego wina, całkiem niezłego w smaku. Rano obudził nas Marius, kierunek wiatru znowu wskazywał na Bunloc. Tym razem towarzyszył nam Florin, miejscowy pilot XC do którego należy rekord miejsca. Na niebie widać było pierwsze kłaczki. Tym razem o dziwo pierwszy wystartował Grzegorz. Jednak po starcie stracił sporo wysokości i długo nie mógł się wygrzebać. Mnie udało się wstrzelić prosto w komin w którym szybko nabierałem wysokości, po drodze wyprzedził mnie( kurcze jak on to robi)Grzegorz. Pod podstawą czekaliśmy na Marcina i drugiego Grzegorza. Trwało to na tyle długo, że chmura pod która wisieliśmy zaczęła się rozpadać. Wylecieliśmy nad dolinę nad którą obiecująco maszerowały szlaki cumulusów. Tylko jedna rzecz mąciła ten obraz. Maszerowały naprzeciw nas a za naszymi plecami była „blacha”. Nie było łatwo. Obrazuje to statystyka lotu: przeleciałem prawie dwadzieścia kilometrów w ponad półtorej godziny wykręcając w tym czasie osiem kominów. Kilometry kilometrami ale najważniejsze dla mnie było to, ze te osiem kominów kręciliśmy razem z Grześkiem, niemal stabilo w stabilo. Ile się wtedy można nauczyć, ho ho. Ja wylądowałem(i wcale nie dlatego, że chciałem) a guru został w powietrzu, mało tego dołączył do niego Krzysztof, następny uczestnik naszej wyprawy. Nie pozostało mi nic innego jak spakować graty i próbować łapać stopa, bo nie zanosiło się na to, że koledzy będą wkrótce lądować. W trakcie pakowania usłyszałem przez radio, że Marcin też wylądował . Wyszedłem na drogę, pierwszy samochód który próbowałem zatrzymać stanął obok mnie. Po chwili już jechałem Dacią w stronę Bunloc. Gdy dotarłem na miejsce, do lądowania podchodził tandem, Jak się później okazało była to Ania lecąca z Mariusem. Po chwili przyszła Natasza potem przyjechał Grzegorz, Krzysztof i Florin a za parę minut z taksówki wysiadł Marcin. Po Grzegorza II musieliśmy pojechać za Lempes. Wieczór spędziliśmy gwarząc , popijając chłodne piwko i snując plany na jutro. Wybieraliśmy się w masyw Postavaru w paśmie Buczegi.    Postavaru to szczyt o wysokości prawie 1800 mnpm, na górę można dotrzeć kolejką linową z miejscowości Poiana-Brasov. Koszt wjazdu to 100 000 lei(10 pln). Startowisko północne znajduje się niżej na wysokości 1687 mnpm, południowe nieco poniżej szczytu. Oba to szerokie polany o dużym nachyleniu, tak więc start jest łatwy i nie trzeba się nabiegać. O pechu może mówić Krzysztof, który latał tak długo, aż skończyły się noszenia i wylądował na śródleśnej polance. Czekał go dłuuugi marsz. Do domu dotarł koło ósmej. Osobną historią są powroty z przelotów. Nie mieliśmy z tym większego problemu. Rumuńscy kierowcy zatrzymywali się dosyć chętnie i wcale nie chcieli od nas opłat za podwiezienie. Niezłą opcją powrotu było też wynajęcie taksówki. Dojazd po samochód pozostawiony na parkingu w Poiana-Brasov ( 15 km) kosztował nas 20 złotych, a Marcin, prekursor tej formy powrotu z przelotu za nieco tylko krótszą trasę zapłacił 10 złotych.  Nasz pobyt w Rumunii skróciliśmy o jeden dzień z powodu nadchodzącego frontu. Skróciliśmy ale nie zrezygnowaliśmy z latania.

Prognoza pogody na Słowację była zachęcająca, oprócz tego Grzegorz dowiedział się, że w Tisowcu będą rozgrywane zawody XC. Dzięki temu mieliśmy możliwość wjazdu na górę, leciwą ale całkiem żwawą Pragą z napędem na trzy osie. Ostatni, najbardziej stromy odcinek musieliśmy jednak pokonać na własnych nogach.
Po starcie i dotarciu do podstawy wraz z Grzegorzem polecieliśmy na wschód. Opcja pomimo obiecujących cumulusów okazała się nie do końca trafiona. Dosyć dziwny wiatr dolinowy spowodował, że wylądowaliśmy po godzinie w Revucy. Niewielka senna miejscowość z uroczą restauracyjką, której taras okazał się być tym właśnie miejscem o które nam najbardziej w tym momencie chodziło. Smaczne jedzonko i super piwko zatrzymały nas tam na nieco dłużej.Resztę załogi spotkaliśmy wieczorem.  Nieźle polatali i po dwóch- trzech godzinkach spędzonych w powietrzu lądowali na boisku futbolowym w Tisowcu. Rano przemieściliśmy się do Polski by wypróbować południowe startowisko na górze Żar. Niestety warunki były mniej jak umiarkowane więc nasze loty raczej trudno by było zaliczyć do epickich. Tak to dobiegła do końca nasza wyprawa, wracaliśmy pełni wrażeń obiecując sobie powrót w nowo odkryte miejsca wiosną następnego roku.

Część rumuńskiej przestrzeni powietrznej w drugiej połowie sierpnia zajmowali:
-Ania, Natasza, Grzegorz I, Grzegorz II, Marcin, Krzysztof i Szymon"

Nasi Partnerzy

     
     

 

JSN Mico template designed by JoomlaShine.com